O autorze
Przewodniczący Stronnictwa Demokratycznego. Historyk. Poseł do Parlamentu Europejskiego (2004-2009), Wiceprzewodniczący (2001-2003) i Sekretarz Generalny (2003-2004) Platformy Obywatelskiej, Poseł na Sejm RP (1991-1993 i 1997-2004), Prezydent m.st. Warszawy (1999-2001), od 1987 roku działacz a w latach 1990-1991 Przewodniczący Niezależnego Zrzeszenia Studentów.

Co by tu jeszcze

„Co by tu jeszcze spieprzyć, panowie?” – ta nieśmiertelna fraza Wojciecha Młynarskiego w kanonicznym wykonaniu Edwarda Dziewońskiego aż się narzuca, gdy obserwujemy kolejne wysiłki polityków Prawa i Sprawiedliwości w podkopywaniu (a raczej – wykopywaniu z korzeniami) kolejnych fundamentów naszej demokracji i praworządności.

„Co by tu jeszcze spieprzyć, panowie?” – ta nieśmiertelna fraza Wojciecha Młynarskiego w kanonicznym wykonaniu Edwarda Dziewońskiego aż się narzuca, gdy obserwujemy kolejne wysiłki polityków Prawa i Sprawiedliwości w podkopywaniu (a raczej – wykopywaniu z korzeniami) kolejnych fundamentów naszej demokracji i praworządności.



Teraz przyszła kolej na sędziów. Na straży niezależności sądów i niezawisłości sędziów stoi Krajowa Rada Sądownictwa. To ona wnioskuje do prezydenta o nominacje sędziowskie. Tak stanowi Konstytucja. Ale niezależność sądów i sędziowska niezawisłość nie mieszczą się w wizji ustrojowej Prawa i Sprawiedliwości. PiS nie ma większości, która umożliwiałaby zmianę Konstytucji. Ma jednak większość pozwalającą na uchwalenie każdej ustawy. Także przepisów jawnie niekonstytucyjnych, gdyż pisowski już teraz Trybunał Konstytucyjny nie zakwestionuje przecież żadnej ważnej dla PiS-u ustawy.

Do tej pory jest tak, że 15 sędziów-członków KRS wybierają właściwe zgromadzenia sędziów. Pozostali to Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego i Prezes NSA, minister sprawiedliwości, przedstawiciel prezydenta oraz czterech posłów i dwóch senatorów. Taki skład (i sposób wyboru) zapewniał faktyczną niezależność władzy sądowniczej od władzy ustawodawczej i wykonawczej.

Ale skoro piekła nie ma (a tym był dla PiS-u niezależny Trybunał Konstytucyjny), to hulaj dusza. PiS drogą ustawy postanowił w pełni podporządkować sobie wybór sędziów do KRS, a w konsekwencji – decydować o tym, kto może, a kto nie, zostać sędzią. Zgodnie z pisowskim projektem, sędziów-członków KRS miałby wybierać Sejm. By przypadkiem nie został wybrany kandydat „niewłaściwy”, Sejm miałby dokonywać wyboru z listy „przesianej” i zaproponowanej przez Marszałka Sejmu. Ale nawet tak wybrani sędziowie mogliby „wybić się na niepodległość”. By temu zaradzić, PiS proponuje, by KRS obradował w ramach dwóch oddzielnych zgromadzeń – 15 osobowym „sędziowskim” i 10 osobowym „politycznym”. Każda decyzja będzie wymagała zgody obydwu zgromadzeń. Gdyby mimo takich zabezpieczeń wyszła z KRS propozycja nominacji sędziowskiej dla „nie tego co trzeba” kandydata – PiS proponuje kolejne sito: prezydent ma od KRS otrzymać co najmniej dwie kandydatury na każde sędziowskie stanowisko i spośród nich dokonywać wyboru.

Proponowana przez PiS niezwykle skomplikowana procedura wybierania (czy raczej – nominowania) członków KRS oraz wnioskowania przez KRS o sędziowskich nominacjach ujawnia przy okazji, jak małym zaufaniem cieszą się u prezesa PiS-u jego akolici. Bo jak inaczej interpretować te wszystkie kolejne sita i zabezpieczenia: marszałek cenzurujący listę kandydatów, równoważne sędziom „zgromadzenie polityczne” w KRS, a na koniec prezydent dokonujący kolejnej lustracji i wybierający wedle uznania „właściwego” kandydata na sędziowskie stanowisko.

Właściwie dziwi tylko jedno – że w projekcie pisowskiej ustawy o KRS nie ma przepisu, iż końcowa decyzja prezydenta o nominacji sędziego wymaga dla swej ważności kontrasygnaty prezesa PiS-u.
Trwa ładowanie komentarzy...