Metropolitalny skok PiS-u na Warszawę

Ustrój Warszawy po 1989 roku zmieniał się kilkakrotnie. Nigdy jednak proponowana zmiana nie była tak merytorycznie bezsensowna i politycznie tak bezczelna, jak to, co teraz proponuje PiS.

Najpierw, od 1990 roku, mieliśmy tzw. siedmiogród. Miasto stołeczne Warszawę stanowił związek siedmiu dzielnic-gmin warszawskich. Dzielnice były silne i zamożne, a miasto stołeczne – słabe zarówno pod względem władczym, jak i finansowym.



Późniejszy ustrój z 1994 roku – ustanawiając dużą, mniej więcej w granicach przedwojennego miasta, gminę Warszawa-Centrum, która wraz z otaczającym ją tzw. obwarzankiem gmin warszawskich stanowiła miasto stołeczne Warszawa – dawała prezydentowi miasta (a do kolejnej nowelizacji był on także burmistrzem gminy Centrum) już większe instrumenty działania na rzecz całej stolicy. Nadal jednak – a wiem co mówię, bo sprawowałem wtedy urząd prezydenta – prowadzenie np. ogólnomiejskiej polityki transportowej bądź inwestycyjnej wymagało często żmudnych i spowalniających działania pertraktacji z burmistrzami „z obwarzanka”.

Byłem wtedy jednym z głównych inicjatorów i promotorów zmiany ustroju Warszawy na ten, którym cieszy się ona do teraz. Przyświecały mi względy wyłącznie merytoryczne. Moje prezydenckie doświadczenie w sposób jednoznaczny wskazywało, że Warszawa, by mogła się właściwie rozwijać, potrzebuje silnej władzy – uchwałodawczej i wykonawczej – na szczeblu ogólnomiejskim. Innymi słowy uważałem, że trzeba odejść od Warszawy definiowanej jako taki czy inny związek gmin czy dzielnic. Byłem przekonany, iż trzeba widzieć Warszawę jako całość i dopiero taką dzielić na jednostki pomocnicze. I taki właśnie ustój wszedł w życie w 2002 roku. Ten nowy, funkcjonalny ustrój Warszawy był od początku do końca pisany w oderwaniu od jakichkolwiek wyborczych kalkulacji. Ja zresztą w ogóle w 2002 roku w wyborach na prezydenta Warszawy nie kandydowałem (zdecydowałem się na pracę w Sejmie), a wybory te wygrał… Lech Kaczyński.

To, z czym teraz wychodzi PiS, jest propozycją antywarszawską i antysamorządową, a jej motywacje są wyłącznie polityczno-wyborcze. PiS proponuje stworzenie mega-miasta – metropolii warszawskiej, ale takiej, w której pierwsze skrzypce odgrywać będą dzisiejsze podwarszawskie gminy, a mieszkańcy Warszawy w sprawach swojego miasta stracą decydujący głos. Bo oto PiS proponuje, by prezydenta owej metropolii wybierali wszyscy jej mieszkańcy. To niby brzmi rozsądnie, tyle że ów prezydent ma być jednocześnie burmistrzem dzisiejszej Warszawy. Tak więc de facto o wyborze włodarza Warszawy decydować będą mieszkańcy Wołomina i pozostałych trzydziestu kilku gmin. Zważywszy jak w ostatnich wyborach wyglądał w Warszawie i w dzisiejszych powiatach wokół Warszawy podział głosów między PiS z jednej a PO i Nowoczesną z drugiej strony, to co proponuje PiS, to nic innego jak dorzucenie do urny pisowskich głosów – tak by na czele Warszawy stanął polityk tej partii. Jak by tego było mało, PiS proponuje także, by grubo ponad połowa mieszkańców owej metropolii (czyli dzisiejsi warszawiacy, których jedynie mniejszość głosuje na PiS) wybierali do Rady zaledwie 1/3 radnych, a pozostali stanowiący mniejszość (czyli mieszkańcy dzisiejszych wokół warszawskich gmin w większości głosujący na PiS) mieli w tej radzie 2/3 miejsc.

Projekt tej nowej ustawy pisał nie tylko ktoś politycznie zacietrzewiony, ale także nie mający pojęcia o materii, za którą się zabrał. Bo owa metropolia – wedle pisowskiej propozycji – ma mieć rozliczne zadania, zwłaszcza w zakresie infrastruktury drogowo-komunikacyjnej, ale środki z takich źródeł, jakie mają dziś powiaty. Czyli relatywnie nieduże. Zasadnicze pieniądze zostaną w budżecie „starej” Warszawy. Czyli w większej skali możemy mieć powtórkę konfliktu jaki mieliśmy w l. 1994-2002 między Gminą Centrum (relatywnie duże pieniądze w stosunku do zadań) a m. st. Warszawy (relatywnie zbyt małe pieniądze w stosunku do zadań).

Jest prawdą, że coraz więcej warszawiaków czy osób pracujących w Warszawie mieszka poza jej granicami. Szereg problemów, które musi rozwiązywać Warszawa, to także problemy jej najbliższych okolic. To jest np. kwestia szybkiej kolei miejskiej, dróg dojazdowych, ekologii i wielu, wielu innych. Pewne sprawy są już rozwiązywane mimo braku formalnej ustawy metropolitalnej, np. wspólny bilet, ale na pewno przydałaby się ustawa, która regulowałaby pewne formy współpracy między dzisiejszą Warszawą a otaczającymi ją gminami. Ale projekt PiS idzie w zupełnie innym kierunku. On po prostu „niewłaściwą” politycznie Warszawę (bo nie głosującą na PiS) chce zatopić w sprzyjającym PiS-owi (przynajmniej teraz) otoczeniu. Tu chodzi o to, by PiS mógł przejąć kontrolę nad stołecznym samorządem. Skoro nie może normalnie, to wymyślił sobie taki właśnie „metropolitalny” skok.
Trwa ładowanie komentarzy...