Na tym tle nie sposób zrozumieć polityki zagranicznej prowadzonej przez pisowski rząd. Gdy trwała kampania wyborcza w USA, to wyraźnie widać było, że czołowi politycy PiS swoje sympatie lokowali przy Trumpie a nie przy jego konkurentce z Partii Demokratycznej. W trakcie wyborów we Francji PiS kibicował Marii Le Pen – gdyby kandydatka Frontu Narodowego wybory wygrała, to radość z jej zwycięstwa teoretycznie antyrosyjski PiS świętowałby z Władimirem Putinem. A gdy teraz Angela Merkel wzywa do większej europejskiej jedności, Polska krok po kroku od Unii się dystansuje i robi co może, by Europa poszła w kierunki dezintegracji.
Taka polityka stoi w rażącej sprzeczności z najbardziej żywotnymi interesami Polski. Gdyby użyć tu ulubionej przez Jarosława Kaczyńskiego retoryki, można by mówić o „polityce zdrady narodowej i Targowicy”. Ja oczywiście nie zarzucam PiS-owi zdrady. Przyczyna jest o wiele bardziej banalna. Jarosława Kaczyńskiego interesują wyłącznie sprawy wewnątrzpolskie. Interesuje go utrzymanie władzy. Tylko to jest ważne. Wszystko inne jest tego pochodną. Jeśli na Trumpa i Marię Le Pen głosują trochę podobni wyborcy, co u nas na PiS, to dobrzy są Trump i Le Pen, a nie Clinton czy Macron.
To jest oczywiście bardzo… głupie, po prostu. Ale taka jest smutna prawda. Polityka zagraniczna, jaką prowadzi PiS wynika niestety z głupoty.
