Zamach stanu w parlamentarnych dekoracjach

Czy ktoś, kto rządzi legalnie, bo wygrał wybory, może dokonać zamachu stanu? Może – i dzieje się to właśnie na naszych oczach. Prawu i Sprawiedliwości nie wystarcza bowiem legalnie zdobyta władza ustawodawcza i wykonawcza. Chce mieć w swych rękach sądy, nie bacząc, że Konstytucja gwarantuje im, że „są władzą odrębną i niezależną od innych władz”. I podporządkowuje je sobie drogą zamachu stanu.

Najpierw, w sposób nielegalny, Prawo i Sprawiedliwość uczyniło z Trybunału Konstytucyjnego bezwolne sobie narzędzie. Dzisiaj żadna, nawet jaskrawo niezgodna z Konstytucją ustawa przyjmowana przez PiS, nie napotka oporu ze strony TK. Tak przygotowano przedpole.



Teraz, kolejny raz łamiąc Konstytucję, PiS podporządkowuje sobie Krajową Radę Sądowniczą, a w konsekwencji nominacje sędziowskie oraz sądy powszechne. Nie przejmuje się przy tym, iż wygasza konstytucyjnie zagwarantowaną kadencję obecnych członków KRS. Nie musi, skoro pisowska atrapa Trybunału Konstytucyjnego stwierdziła, iż dotychczasowe zasady wyboru członków KRS są… niekonstytucyjne.

Dziś trwa batalia o Sąd Najwyższy. Tu też PiS nie przejmuje się konstytucyjną zasadą nieusuwalności sędziów, czy zapisaną w Konstytucji bezwarunkową sześcioletnią kadencją Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego. Nie miejmy złudzeń (przynajmniej ja ich nie mam), że w prezydencie Andrzeju Dudzie obudzi się „strażnik Konstytucji” i skorzysta z veta. Po wakacjach Sąd Najwyższy będzie w rękach PiS.

To jest oczywiście zamach stanu, za który jego sprawcy powinni ponieść surowe konsekwencje karne. Tym tylko różni się on od innych znanych z historii zamachów, że jest – na razie – bezkrwawy i że odbywa się w parlamentarnych dekoracjach, a nie z pomocą czołgów na ulicach.
Warto zapytać, czemu to ma służyć i jakie mogą być kolejne kroki Jarosława Kaczyńskiego.
Władza PiS nad sądami, i to po pierwsze, drastycznie osłabia pozycję każdego obywatela w jakimkolwiek sporze z pisowskim państwem lub pisowskim politykiem. Jaką gwarancję uczciwego wyroku może mieć młody człowiek, na którego wpadła rozpędzona limuzyna pani premier? Jakiej bezstronności może spodziewać się ktokolwiek, gdy kariera, zarobki zarówno prokuratora jak i sędziego są zależni od nadzorującego ich ministra sprawiedliwości?

Ale Jarosławowi Kaczyńskiemu idzie o znacznie poważniejsze cele. Podporządkowanie sobie sądów daje bezpośrednią możliwość ingerencji w skład Państwowej Komisji Wyborczej – ta nie tylko zlicza głosy i ogłasza wyniki wyborów, ale także zatwierdza sprawozdania partii politycznych i decyduje o ewentualnym nie przyznaniu dotacji dla partii. Sąd Najwyższy jest ostatecznym organem stwierdzającym ważność wyborów. Z kolei Trybunał Konstytucyjny może stwierdzić niezgodność celów danej partii z Konstytucją, co może skutkować delegalizacją. Jeżeli wszystkie te najważniejsze dla procedury wyborczej organy są w rękach jednej partii – a w przypadku PiS oznacza to, że de facto są podporządkowane woli jednego człowieka – to wolność i uczciwość przyszłych wyborów staje przed wielkim znakiem zapytania. PiS chce władzy na lata – i temu służą te zmiany.

Bronimy praw i wolności zapisanych w naszej Konstytucji, ale nie traćmy też z pola widzenia bolesnego faktu, że nasza Konstytucja została napisana w sposób bardzo ułatwiający zamachowcom z PiS jej omijanie, lekceważenie a w konsekwencji – łamanie. Aż roi w niej się od sformułowań w rodzaju „organizację Trybunału Konstytucyjnego oraz tryb postępowania przed Trybunałem określa ustawa”, co – jak pokazuje praktyka pod 2015 roku – PiS skrzętnie wykorzystuje próbując za pomocą ustaw zmieniać ustrój państwa. Najbardziej drastyczny przykład dotyczył właśnie Trybunału Konstytucyjnego, gdy PiS przyjął kolejną nowelizację ustawy dotyczącej postępowania przed Trybunałem. Ustawa, jawnie niekonstytucyjna, paraliżowała pracę Trybunału, a Trybunał – zgodnie z tą ustawą – mógłby ją ocenić dopiero po upływie mniej więcej roku.

Charakter dokonywanego przez PiS przewrotu cofa nas do PRL. Głębokość wprowadzanych zmian, niepewność co do przyszłych wyborów, a także słabość opozycji uprawdopodabnia tezę, iż pisowska „dobra zmiana” może przekroczyć perspektywę jednej kadencji. Obawiam się, że gdy PiS wreszcie straci władzę, to sprzątać po ich rządach będziemy latami – tak jak po PRL-u.
Trwa ładowanie komentarzy...